Potrafiłabym pisać poważnie

Monika Szwaja

Niemal rodowita szczecinianka, reporterka telewizyjna, polonistka. Od 2003 roku autorka bestsellerów: „Jestem nudziarą”, „Romans na receptę”, „Zapiski stanu poważnego”, „Stateczna i postrzelona”, „Artystka wędrowna”, „Dom na klifie”, „Powtórka z morderstwa”, „Klub Mało Używanych Dziewic”, „Dziewice, do boju!”.

Umawiamy się w szczecińskiej Tawernie „Cutty Sark”. Nie jest to miejsce przypadkowe, bo pisarka kocha szanty i wszystko, co ma związek z morzem. Dziś gra tu irlandzki (ze Śląska) zespół Stonehenge, zbierają się przyjaciele, autorka co chwilę przerywa rozmowę i biegnie kogoś uściskać. O optymistycznej literaturze, pracy „telewizorki” i rozsądnym używaniu alkoholu specjalnie dla „Prestiżu” – Monika Szwaja.

– Pani książki to taki prozac bez skutków ubocznych. „Jest Pani lekiem na smutki i codzienność”, „Gdy je czytam, chce mi się żyć” – to cytaty z forum.

– To bardzo dobrze. Ja właśnie staram się pisać takie książki. Żeby były krzepiące. Dużo w moich powieściach jest uśmiechu i śmiechu, wiele pogody i wielu dobrych, życzliwych ludzi. Podobno to źle. W prawdziwej literaturze nie ma happy endów. Aby zostać uznanym pisarzem, nie powinno się śmiać. No cóż, umiałabym tworzyć powieści ponure, ze strasznymi zakończeniami, ale to nie leży w mojej naturze. Można przecież uważać życie za bezsensowne, skoro obfituje w tragedie, a i tak kończy się śmiercią, ale wtedy praktyczniej jest od razu się powiesić. (śmiech)

– Literatura dla kobiet to Pani specjalność.

– I to był świadomy wybór. Poważny krytyk, na przykład Kazimiera Szczuka, moich książek nawet palcem nie dotknie, ale nie mam kompleksów. Wielu ludzi czyta moje powieści (mężczyźni też). Tworzę literaturę obyczajową na przyzwoitym poziomie. Proszę zauważyć, że moje książki nie są wyłącznie rozrywką. Opisuję różne, czasem bardzo poważne problemy, jednak staram się pokazywać sposoby ich rozwiązywania. Można przecież postrzegać rzeczywistość od jasnej strony.

– Powiedziała Pani kiedyś: „Bo w każdej z nas siedzi trochę gwiazdy, trochę królewny i trochę Kopciuszka. Rzecz w tym, żeby jak najczęściej być tą, kurczę, gwiazdą”. Takie są kobiety Moniki Szwai?

– Moje bohaterki są bardzo różne i nie ma kogoś takiego jak kobieta Moniki Szwai. Ja bym tylko chciała, żeby kobiety nie zapominały, że każda z nas ma w sobie coś pięknego.

– Jednak cechą charakterystyczną bohaterek jest to, że biorą życie w swoje ręce. A mężczyźni są tylko dodatkiem do tych energicznych i niezależnych kobiet.

– Nie traktuję mężczyzn jak dodatku do kobiet, tylko jak los na loterii – albo się wygra mężczyznę życia, albo nie. Tak czy inaczej, nie mam serca dla kobieciątek, które wieszają się na mężczyźnie jak jemiołka. W życiu zdarzają się różne sytuacje, bywa, że kończy się miłość, mężczyzna odchodzi, a kobieta zostaje sama i musi sobie poradzić. Kobiety muszą być silne, żeby udźwignąć odpowiedzialność za rodzinę, a jednocześnie powinny mieć nieco dystansu do rzeczywistości. Chyba sama się jeszcze tego dystansu tak do końca nie nauczyłam. (śmiech)

– Porozmawiajmy o pracy w telewizji. Największe wyzwanie zawodowe?

– Największą radością były zawsze transmisje z finałów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Traktowaliśmy je bardzo poważnie i utrudnialiśmy sobie życie jak się tylko dało. (śmiech) Robiliśmy ogromne imprezy na kilkanaście tysięcy osób, zawsze nad morzem lub inną dużą wodą. Nasze finały były niesłychanie skomplikowane, realizowane w nieprzewidywalnych warunkach. W Darłowie operatorzy zamarzali w ulewnym deszczu i walczyli o przeżycie, gdy wiatr zwiewał ich do morza – z drugiej strony kiedyś sami rozebraliśmy do podkoszulek naszych prezenterów – Joasię Osińską i Jarka Marendziaka – na plaży, w styczniu, żeby pokazać, jaka to u nas „gorąca atmosfera”. Po antenie dostali koniaczku i jakoś przeżyli.

– Był też autorski program dla grubasów.

– Bardzo nie lubię słowa grubas i nigdy go nie używałam na antenie. Dlaczego w programie dla niepełnosprawnych nikt nie krzyczy dziarsko: „dzień dobry, kochane kulasy, ślepaki, głuchole”! Natomiast: „dzień dobry, kochane grubasy” – jest okej! A dlaczego?

– Dla mnie akurat słowo grubas jest tak samo nieszkodliwe jak chudzielec…

– Pani nie wie, jaka wtedy w Polsce panowała dyskryminacja grubych, jaka pogarda. Nawet wśród tych niby życzliwych. Przecież już wiadomo, że otyłość jest chorobą. Sama jestem całe życie gruba i wiem doskonale, że gdyby odchudzenie się było tylko kwestią siły woli, to by nie było nas tylu. Sama wielokrotnie doświadczyłam niesłychanie upokarzających sytuacji – chociażby w sklepie, gdzie sprzedawczynie spoglądały na mnie, uśmiechały się pogardliwie i mówiły: „Na panią? Takiego rozmiaru nie ma”.

Wymyśliłam program dla grubych kobiet – nie po to, żeby na nie znowu krzyczeć, że mają się odchudzać, bo umrą w mękach (one same o tym wiedzą i starają się pozbyć nadmiarów), tylko przeciwnie – żeby dodać im otuchy, zanim dojdą do wymarzonej figury. Program w pełni popularności został zdjęty, ale nigdy nie zapomnę, jak na pożegnalnym spotkaniu z uczestniczkami jedna z nich, młoda, ładna, puszysta kobietka powiedziała nam: „Dzięki wam poczułam dopiero, że jestem człowiekiem”.

– Porozmawiajmy o książkach. Czy któraś sprawiła Pani więcej trudności niż pozostałe?

– Nie. Ja to traktuję zawodowo, planuję książkę, siadam i piszę. Ciurkiem, żeby nie stracić wątku.

– A w jaki sposób można ocenić, czy książka, którą piszemy, jest dobra?

– Zawodowiec wie, kiedy zrobił coś dobrze, a kiedy mu nie wyszło. Sama pani wie, czy umie tańczyć, czy malować. Studiowałam literaturę. Kiedy czytam jakąś książkę, to wiem, czy jest dobra, czy nie. A jak piszę, to staram się żeby była dobra. Trzeba mieć talent, motywację i wykształcenie, a reszta to drobiazg. (śmiech)

– Właśnie napisała Pani książkę „Zatoka Trujących Jabłuszek”. To trzecia część trylogii o Dziewicach („Klub Mało Używanych Dziewic”, „Dziewice do boju”)?

– Tak. Wysyłałam Dziewice na Wyspy Dziewicze (jedna z bohaterek, leciwa pani Róża, poświęciła nawet na tę wycieczkę swój fundusz pogrzebowy). Popłynęły dwoma katamaranami, podobnie jak ja i moje przyjaciółki w marcu tego roku. Na niektórych karaibskich wyspach naprawdę rosną trujące zielone jabłuszka, Hippomane mancinella. Stąd nazwa zatoki na Cooper Island – Manchioneel Bay i tytuł książki przy okazji. Tam rozgrywa się część akcji mojej powieści – dość dramatyczna.

– Czy Dziewice na Karaibach piją rum?

– Owszem, Karaiby są przecież ojczyzną rumu. Nie da się ukryć, że obie powieściowe załogi, a zwłaszcza dwie starsze panie, Lila i Róża, chętnie go używają, bawiąc się przy tym świetnie i nie przekraczając granic przyzwoitości. Alkohol po to jest, żeby go pić – w dawkach, które nie robią krzywdy nam ani naszym bliźnim – tak uważam i daję temu czasem wyraz w powieściach. Kiedyś czytelniczka na spotkaniu zarzuciła mi, że jedna z bohaterek piła w czasie ciąży… I nie chciała słuchać wyjaśnień, że był to kieliszek koniaku, bo zemdlała i tak ją cucono. Może niesłusznie, ale to przecież tylko fikcja literacka. A poza tym jej pomogło.

– Pewnie nie lubi Pani porównań do innych pisarek?

– No nie lubię… Jedynie do Joanny Chmielewskiej lubię.

– Faktycznie da się wyczuć czasem ducha Chmielewskiej w Pani powieściach.

– Wychowałam się na Chmielewskiej. Mam wszystkie jej książki, połowę znam na pamięć. Uwielbiam jej inteligentne poczucie humoru. Nieraz nad jej książkami płakałam ze śmiechu.

– Przy Pani książkach też płaczą?

– Podobno płaczą w obie strony, ze śmiechu i ze wzruszenia. Ja się z tego cieszę, bo to oznacza, iż tworzę byty na tyle prawdopodobne, że wywołują emocje. A w ogóle dobrze sobie czasem popłakać, odreagować stresy codzienności, odłożyć na bok „kamienną twarz pokerzysty”.

– Czy jest jakieś pytanie, którego jeszcze nie zadał Pani żaden dziennikarz, a na które chciałaby Pani odpowiedzieć?

– Nie ma. Nigdy nie wymyślam sobie żadnych pytań. Ja w ogóle jestem skromna i nieśmiała z natury, a nikt mi nie wierzy… A słowo harcerza, taka właśnie jestem.

Rozmawiała Izabela Magiera-Jarzembek